poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Chuck's Day Off powraca w nowej serii - recenzja


Chuck powraca


Wiemy kto to Chuck? Chuck Hughes, oczywiście. Jeśli nie, to trzeba to bardzo szybko nadrobić. Już lecę, już podpowiadam: Chuck jest szefem kuchni. I to nie byle jakim! Prowadzi jedną z najlepszych restauracji Montrealu: Garde Manger. Ale oprócz tego ma swój program w BBC Lifestyle Dzień wolny Chucka (Chuck's Day Off).
- Aha... - odpowiecie niepewnie, gdyż zaświta Wam w głowie, że ten program już się skończył.
Ja natomiast pokręcę przecząco głową i powiem:
- Nie, to była pierwsza seria. Teraz rozpocznie się druga!



* * *

Dzięki portalowi bobyy.pl, który przesłał mi płytę z 11 odcinkiem drugiej serii, mogłam przekonać się, co tym razem zGOTUJE nam Chuck. 

Czekają nas kłopoty z otwarciem restauracji w dosłownym tego słowa znaczeniu: trzeba było wezwać pomoc ślusarzy do otwarcia drzwi. Było naprawdę gorąco, jednak udało się i Chuck chce podziękować swoim wybawcom (Kenowi i Joe'mu): zaprosi ich na obiad, który sam przygotuje.
Jak twierdzi, będą to jego ulubione dania. Czyli:

1. Małże z boczkiem, brokułami rapini i pomidorkami czereśniowymi, jako przystawka.
2. Faszerowany comber jagnięcy w sosie z pieczonym czosnkiem i podsmażanymi ziemniakami.
3. Pudding ryżowy z prażonymi migdałami.

Wszystko wydaje się skomplikowane, jednak takie nie jest. Co więcej Chuck przygotowuje to wszystko tak szybko i na naszych oczach, że człowiek nie może się nadziwić, jak taki – wydawałoby się – skomplikowany posiłek można przygotować tak błyskawicznie!

Oczywiście nie zdradzę Wam przepisów, które podaje Chuck, byście sami oglądnęli ten odcinek. I myślę, że naprawdę warto. Nie oglądałam go wcześniej. Myślałam: kolejny kucharz, ba! szef kuchni, nad garami łypie do kamery i pokazuje minimalistyczne posiłki ze składników, których nigdzie nie kupię. Może rzeczywiście – na ten przykład – jagnięcina wypada najsmaczniej, ale Chuck mówi: „Spoko, inne mięso też może być, byleby miało to czy to”. To pociesza, gdyż niejeden amator w kuchni boi się eksperymentów (z uzasadnionych powodów, bądź nie) i trzyma kurczowo przepisów, a z braku głównego składnika rezygnuje z dania. Teraz już nie trzeba!

W Chucku od razu polubiłam fakt, iż w ogóle nie wygląda jak słynny szef kuchni. W ogólne na kucharza nie wygląda! Jest dobrze zbudowany (nie przez jedzenie) i trochę komicznie wygląda schylony nad „sałatką” z ziół. Żeby tylko wyglądał! On tłumaczy jeszcze, jakie to proste, i że „wystarczy zaledwie...”, „teraz tylko...”, „...i już gotowe!” Ja, jako odbiorca naprawdę czuję, że potrafiłabym to zrobić. Dania, które proponuje tylko wyglądają na trudne w przygotowaniu, co może zachęcić. W końcu kto nie chce zrobić wrażenia na swoim narzeczonym, mężu, teściowej itd.! No i taki ktoś, jak ja, zamiast sięgnąć po łatwe i szybkie jedzenie za rogiem (no, może nie ja personalnie...), sama przygotuję to. I nie zajmie mi to wiele czasu. W dzisiejszych czasach trzeba takich ludzi, którzy pokażą Ci, że sztuka kulinarna nie polega tylko na artystycznym posypywaniu sezamem malutkich porcyjek ginących na środku ogromnej przestrzeni białego talerza. Chodzi o to, by nie jeść śmieci, by jeść lepiej. Czyli jeść coś, co jest lepszej jakości.

Przez cały odcinek przewijają się flashbacki z awarii drzwi wejściowych i prób ich otworzenia, w końcu jednak udaje się im dostać do środka, lecz jest już późno: w końcu restaurację trzeba przygotować zanim pojawią się pierwsi goście. Atmosfera nieco się zagęszcza, napięcie (i ciśnienie) rośnie. Zwykły dzień może się zmienić w Dzień Stresu błyskawicznie. A zakończenie wcale nie musi być oczywiste – happyend. Tylko oglądając ten odcinek możecie się przekonać jak się skończy.

Nie jest to serial, który rozleniwia, ma magiczną atmosferę i ujęcia, które prawie pachną i prawie smakują serwowanymi daniami. Jest szybki. Liczy się czas. Jakość jedzenia też, ale w kuchni bardzo rzadko mamy ten czas: w końcu każdy z nas ma swoje obowiązki. Chodzi o to, by komuś podać przepyszne jedzenie, nie narobić się specjalnie. Tutaj nie chodzi o to jak Chuck uwielbia gotowanie (sam proces przygotowania posiłków), ale raczej o efekt: będzie smakowało gościom. A ich zadowolenie na twarzach czy może pochwała – jest priorytetem.

I zapewniam Was – jedzenie, które serwuje swym wybawcom Chuck wygląda tak obłędnie, że niedługo sama któryś z przepisów wykorzystam! I Was również do tego zachęcam.
 

niedziela, 28 sierpnia 2011

Wieczorna Coffee Irish Cream


W zamyśleniu oglądałam cudowny zachód słońca. Złote płomienie z odcieniem słonecznej pomarańczy lizały z rozkoszą delikatny jedwab nieba przybranego teraz w zmysłowe fiolety i baśniowe róże wymieszane niczym wielką łyżką, lody. Smakowicie dobrane kolory tworzyły przepiękny spektakl. Po niebie sunęły puszyste obłoczki chmur. Niebo powoli zlewało się ze słońcem, jakby go wchłaniało w głąb granatowej tafli, pozostawiając po sobie jedynie bladoróżowe, aksamitne wstążki związane z fioletowo-granatowym niebem, niczym kurtyna po tym cudownym przedstawieniu.

Uśmiechnęłam się i pociągnęłam niewielki łyk wody mineralnej. Zamknęłam oczy przywołując w pamięci Michała. Znów się uśmiechnęłam. On był niesamowity. Intuicja mówiła mi, że on również nie żałuje, że mnie poznał. Czułam, że muszę wykorzystać tę szansę.

Oderwałam się wreszcie od swoich rozmyślań i sięgnęłam na półkę, gdzie stał mój pamiętnik. Otworzyłam go na czystej stronie i napisałam...


25 lipiec

Poznałam Michała. Dawno nie myślałam tyle o chłopaku. Nie rozmawiałam na ten temat z Madzią, ale coś mi mówi, że stwierdzi bez ogródek, że się zakochałam. No, ale to może być prawda. Może udałoby się nakłonić Paulinę, żeby spał z nami pod namiotem. Byłoby ekstra! Taka noc pod gwiazdami!!! No cóż .. nie była by to noc tylko we dwoje, ale zawsze chęć utrzymania kontaktu, nie? Tak bym chciała, by coś poczuł do mnie... Chyba Madzia będzie miała rację (hi,hi) – ja się ZAKOCHAŁAM!!!


Na chwilę zatrzymałam się, zastanawiając nad sensownością napisanych przeze mnie słów. Cieszyłam się, bo podobało mi się to uczucie. Mimo, iż znałam go nadzwyczaj dobrze, czułam w nim coś innego niż poprzednio.

Zaciągnęłam się ciepłym powietrzem. Pachniało późnym wieczorem i sianem. Pomyślałam, że miałabym ochotę przygotować sobie coś, co pozwoliłoby mi rozkoszować się widokiem z okna. Dzień, który praktycznie był już za mną był niezwykle zaskakujący, ale bardzo udany. Czułam, że te wakacje mogą się rozwinąć w nieoczekiwanym kierunku. Nie martwiło mnie to: uwielbiam niespodzianki! 

Nie było tak późno, więc postanowiłam przygotować sobie specjalną kawę, która jeszcze co prawda nie miała swojej nazwy, ale może kiedyś... 

Weszłam do kuchni i przygotowałam ekspres do kawy. Mama zastała mnie dumającą nad niewłączonym urządzeniem. Stanęła obok mnie, przyglądając mi się podejrzliwie.
A ja myślałam, jaka to kawa będzie wyjątkowa. Potrzebne były mi:

  • 1 kawa czarna przygotowana w ekspresie (najlepiej o aromacie Irish Cream)
  • 1/4 szklanki mleka 
  • 1 miarka Baileys Irish Cream, który wiedziałam, że jest w barku

Tak, pomyślałam, nazwa narzuca się sama: Coffee Irish Cream. Odkrywcze.

- Wszystko w porządku, kochanie? - Nie zauważyłam, kiedy weszła do kuchni; trochę mnie przestraszyła.
- Eee... co? - otrząsnęłam się.
- No, stoisz tu tak przed pustym ekspresem, jakbyś się zastanawiała, czy to coś zrobi tę kawę bez włączenia go - wyjaśniła.
- Zamyśliłam się. Mam pomysł na Coffee Irish Cream - powiedziałam tajemniczo mrużąc oczy.
- To ja może innym razem... - Mama uśmiechnęła się jak do wariata i wyszła. Jej strata.

I zaczęłam. Przygotowałam kawę. Już sam jej aromat "irish cream" był obłędny. Mleko delikatnie podgrzałam i użyłam spieniacza do mleka, by zrobić piankę. Do kawy dolałam trochę Baileysa i ciemny płyn wlałam do mleka, by zachować piankę. Wyglądało cudownie! Już nie mogłam się doczekać, aż spróbuję ją, patrząc w dal, na ciemniejące niebo.


Zaciągnęłam się zapachem, który unosił się nad filiżanką. Zamknęłam oczy, a nogi lekko się ugięły. Kawa będzie boska - wiedziałam to.

Wróciłam do swojego pokoju i położyłam filiżankę na stole. Sięgnęłam po pamiętnik i przeczytałam jeszcze raz to, co napisałam pod dzisiejszą datą, upijając łyk niebiańskiego płynu. Miałam rację: ta kawa bije na głowę nawet mój pomysł na kawę z orzechówką! A tego się nie spodziewałam. Inna rzecz, że Coffee Irish Cream była kilka razy droższa niż z orzechówka!

Ale nie wytrzymałam. Po przeczytaniu jeszcze raz kartki z pamiętnika... No nie mogłam! Radość i energia jaką tryskałam nie pozwoli mi wytrzymać do jutra. Jutro śpimy pod namiotem, a wcześniej idziemy na zakupy spożywcze. Pod namiot. Ale po prostu nie wytrzymałam. Chwyciłam słuchawkę i próbowałam wykręcić numer do Madzi. Numer wybierałam trzy razy, bo ręce trzęsły mi się jak w chorobie...
-Halo?
-Tu Gryzia. - powiedziałam nieswoim głosem.
-Cześć. - usłyszałam głos Madzi.- Już się stęskniłaś?
Zaśmiała się swoim piskliwym głosem.
-Magda, jest pomysł. - powiedziałam poważnie.- Czy mogłybyśmy zaprosić Michała pod namiot?
Wyczekująco spojrzałam na aparat telefoniczny. Z bijącym sercem.
-Ha! Wiedziałam! - wypaliła.
-Co?
-Spodobał ci się, nie? - Czułam na odległość, że się uśmiechnęła.
-Oj, Madzia ... - jęknęłam
-Znam cię. Zakochałaś się, moja panno. - powiedziała to, jak diagnozę lekarską, albo prawdę, którą wyczytała z kat, lub z czarodziejskiej kuli.
-Chyba masz rację ...- poddałam się. - ale niezupełnie to chciałam od ciebie usłyszeć ..
-Wiem ...-zamyśliła się. - Myślę, że da się to załatwić.
-Dzięki, Meg. - westchnęłam z ulgą na sercu. - Do jutra.
-Miej się!

Odłożyłam słuchawkę nieco spokojniejsza. Nie mogłam się do czekać jutra. Aby to przyspieszyć poszłam się myć i prędko położyłam. Przecież czas szybciej płynie we śnie, prawda?

sobota, 27 sierpnia 2011

One lovely blog award i recenzja, czyli mało kulinarnie

Człowiek w rozjazdach, poza siecią - ewentualnie sporadyczne wizyty na poczcie (elektronicznej) i chroniczny brak czasu.
Dziś ślub mojej siostry, a ja mam czas? Oczywiście panika i histeria towarzyszyły całej najbliższej rodzinie przez ostatni tydzień, ale dziś... Dziś już tylko fryzjer, kosmetyczka... i ostatnie dopinanie guzików. O dziwo, spokojne to przedpołudnie sobotnie. Sajgon zacznie się od godziny 13. Ale teraz spokojnie mogę usiąść i uzupełnić karygodne braki "tu i ówdzie". 

Zacznijmy od "tu", czyli One lovely blog award. Koszmarne spóźnienie. Nie wiem, czy mi dziewczyny wybaczą...
Coś fantastycznego mnie spotkało: dwie "nominacje"! Nie pomyślałam, że komuś może się tak spodobać moje pisanie, że zaliczy mnie do swojej czołówki! Były to - mnie również bliskie - Smacznydom i Vanilla.

Co ja miałam teraz...? Aha, umieścić logo...

Poszło. A teraz słynne 7 rzeczy, które o mnie nie wiecie.
Hm. Powiedziałabym, że generalnie mało wiecie. Ale to tylko dlatego, że ja tak nie lubię mówić o sobie. No dobra, zdarza się czasem, że coś się przemyci w tych komentarzach, ale to jednak nie jest jakaś masa informacji. Wybiorę zatem coś ciekawego:

1. Śpiewam i gram. Na gitarze i na fortepianie. I śpiewam nałogowo wręcz. Mówią, że powinnam coś z tym zrobić kiedyś. Może i racja. I może kiedyś coś mi się w tej kwestii uda zdziałać.
2. Zaręczyłam się. W lipcu. Oczywiście nie sama ze sobą. Z moim ukochanym R., który jest całkowitą moją przeciwnością. I baaaardzo dobrze. Ma jedyne w swoim rodzaju ciemne oczy i uśmiech, że klękajcie narody. Jest naprawdę dobrym, porządnych facetem, który mnie kocha - ja tego od niego nie muszę słyszeć (chociaż słyszę ;)), bo to po prostu widać. Jedno nas łączy: mamy bzika na punkcie muzyki :)
3. Jestem bardzo spóźnialska. Mimo, iż zawsze mam wszystko zaplanowane, a sama jestem bardzo systematyczna, to jednak nie umiem się dogadać z czasem...
4. Chciałabym uczyć w szkole. Wiem, to nie jest popularne marzenie; dla niektórych raczej ostateczność. A ja mam inaczej: kocham dzieci i naprawdę mogłabym uczyć do samej emerytury ;)
5. Jestem chodzącym pechem: jeśli ktoś ma się pośliznąć w kościele na pogrzebie, to będę to właśnie ja.
6. Wrażliwość to moja najmocniejsza i najsłabsza strona. Wciąż uczę się jak z niej korzystać najekonomiczniej. Potrafię śpiewając poruszyć ludzi, ale i też naprawdę przejmować się głupstwami...
7. Aha, no i w tym roku rozpoczęłam nowy kierunek studiów: anglistykę. W końcu w języki zawsze warto inwestować :)

O, rany. Najgorsze za nami :)
A teraz moje "one lovely". Oczywiście, że nie pójdzie to dalej, bo cała akcja miała miejsce ładne miesiące temu! Ale chciałam zaznaczyć, jak bardzo cenię pewne blogi:

Smacznydom i Vanillę, to na pierwszym miejscu.
Dalej Kaś, Panna Malwina, Kubełek Smakowy, buruuberii.

Tak naprawdę to po prostu do nich mam największą słabość ;-), ale prawda jest taka, że jest bardzo wiele blogów, które bardzo cenię i poważam. Mam nadzieję, że kiedyś ta lista poszerzy się dużo bardziej.

***
A teraz druga część programu na dziś: recenzja. Obiecana już dawno, ale przez moją nieobecność... Na bobyy.pl już jest. I to właśnie dzięki temu portalowi miałam tę przyjemność przeczytania świetnej książki "Kill Grill 2: Głodne kawałki, czyli musztarda przed obiadem" Anthony'ego Bourdaina z wydawnictwa WAB.




Książka Anthony'ego Bourdaina wpadła mi w ręce dokładnie po tym, jak natknęłam się na konkurs, którego miała być nagrodą. Świeżo wydane „Kill Grill 2: Głodne kawałki” przyjechały do mnie same. W zamian za recenzję. Grzech nie skorzystać, a ja nie zamierzałam grzeszyć w tak głupi sposób. Książka miała przyjść lada dzień. Ale... - zawsze musi jakieś być, w końcu wprowadzenie jest nie od parady – ale oczywiście przyszła jeden dzień za późno. Dokładnie tuż po moim wyjeździe przyszła paczka. „Dwa tygodnie w plecy...”, pomyślałam. Niestety i po tym czasie nie mogłam spokojnie wziąć się za czytanie – kolejny (tygodniowy tym razem) wyjazd. I tak mijały miesiące... Ale jak już wygłodzona rzuciłam się na Bourdaina, to pochłonęłam go jednym tchem. No, może wzięłam go na dwa razy. I teraz, już spokojnie spełnię swą powinność. Inna rzecz, że czynię to z największą przyjemnością.

Mus smakowania


Nie da się ukryć, że kiedy chwytasz za książkę, najpierw patrzysz na okładkę. Przypomnij sobie, ile razy to ona decydowała o tym, czy ją kupisz czy nie. Ja na pewno sobie to przypominam. Kiedy wpadła mi w ręce ta książka, pomyślałam: „To będzie ostry kawałek literackiego chilli z masą zakulisowych smaczków w restauracjach”. A, no i wiedziałam, że będzie się szybko czytać.

Tak naprawdę okładka nie zachwyca mnie pomysłem, artyzmem czy innymi atutami, na które generalnie zwracam uwagę. Nie jest specjalnie interesująca: zdjęcie w b&w, jakiś sztuczny ogień, który miał być chyba na patelni, ale się ciut przesunął; a to wszystko w krzywej, czerwonej „ramce” z tytułem zamieszczonym w sposób, w jaki reklamuje się autka „Hot wheels”. Tylna okładka z dwoma pasami, które mają przypominać rysunek ognia wygląda niepoważnie, ale też i książka do takich nie należy, więc współpraca treści i okładki została zachowana.

Jeszcze jest jeden element decyduje o tym, jakie mamy nastawienie do danej książki. Autor i tytuł. W zasadzie są to odrębne elementy, które należałoby rozpatrzeć z osobna, ale może nie tym razem. Autor, jako rozpoznawany kucharz ale też dziennikarz i publicysta znany jest głównie dzięki programom telewizyjnym, które osiągnęły ogromny sukces! Ludzie je uwielbiają, więc do kupna książki jego autorstwa nie trzeba było ich zbytnio namawiać. Jeśli chodzi o tytuł... oryginalny, oczywiście, The Nasty Bits. Collected Varietal Cuts, Usable Trim, Scraps and Bones, nie został przetłumaczony dosłownie: Głodne kawałki, czyli musztarda przed obiadem, jako druga część Kill Grill. Od razu zaznaczę błąd, który rzucił mi się w oczy, kiedy postawiłam tę książkę na półkę. Na jej grzbiecie jest inny tytuł: Głodne kawałki czyli musztarda po obiedzie. Wiadomo, że to związek frazeologiczny, ale dwa razy w środku użyto: przed obiadem. I podejrzewam, że to jest poprawny tytuł, jako przekora, rzecz jasna. Sugeruje on, że będzie to zbiór różnych tekstów. I rzeczywiście nim jest. Jednak pasują one do siebie wręcz idealnie: zachowany jest styl, humor a także w pewnym sensie tematyka. Autor bardzo trafnie pogrupował teksty na pięć kategorii: Słone, Słodkie, Kwaśne, Gorzkie i Umami. Końcowy tekst o Bożym Narodzeniu znalazł się w odrębnej części jako Smak fikcji. Pomysł ten nie jest wyssany z palca, a dlaczego – o tym poniżej.

Bourdain, jako kucharz z krwi i kości, nie boi się niczego. A na pewno nie boi się jeść tego, czego zwykły „zjadacz chleba” by nie tknął. We wstępie rzuca nas na głęboką, a do tego lodowatą wodę w Zatoce Hudsona, bez pardonu opowiadając o tym, jak to o trzeciej nad ranem razem z tubylczą rodziną brał udział w polowaniu na foki. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fragment (nota bene z pierwszej strony), który pozwolę sobie zacytować:
Babka aż zapiszczała z zachwytu, gdy Charlie rozłupał foczą czaszkę, odsłaniając mózg – i szybko dobrała się palcami do tej gęstej, lepkiej mazi. Wnuczek ochoczo zajął się krojeniem jednej z nerek. Matka wspaniałomyślnie rozcięła gałkę oczną (najsmakowitszą część) i pokazała mi, jak mam wyssać zawartość. Wyglądało to tak, jakbym miał w ręku przerośnięte winogrono odmiany Codcord. [...] Po skosztowaniu po kolei surowego foczego mózgu, wątroby, nerek, żeberek i tłuszczu reprezentantka starszyzny podreptała przez pomieszczenie i wydobyła skądś półmisek mrożonych jeżyn. Obtoczyła ich garść w wilgotnym wnętrzu foczego cielska, by pokryły się krwią i tłuszczem, a następnie mnie nimi poczęstowała. Były pyszne.

Rozpoczynając pierwszą część Słone, zastanawiałam się, co to może oznaczać. Czy jest to jedynie zabawne potraktowanie „języka kuchni”, czy może powinnam podczas czytania wcinać solone orzeszki? Jak się okazało po jej zakończeniu, obie opcje były właściwe. Z tym, że „język kuchni” w tym wypadku miał słony smak tematyki, o której traktował. Co więcej, odnosiłam wrażenie swoistego posmaku w ustach, kiedy czytałam o „systemie D”, który uczy kucharzy jak nie stracić głowy i po prostu „dać radę” w kryzysowych sytuacjach. To samo odczucie miałam w rozdziale o fast foodzie, nazwanych przez uatora szkodnikami. Słoność w ustach czułam także podczas opisu klimatu Las Vegas. Meksyk i Ekwador to miejsca, które raczej nie przywodzą na myśl czegoś kwaśnego czy słodkiego, prawda? Taki smak miało też zagadnienie dotyczące podziału kucharzy na tych, którzy wciąż eksperymentują czy są restrykcyjnie wierni tradycji swojego regionu, wręcz do przesady.

Ale kiedy przeszłam do części zatytułowanej Słodkie, coś czułam, że będzie „słodzenie” komuś lub czemuś. Oczywiście - jak to u Bourdaina - było i słodzenie ale i opieprzanie. Na przykład pod lupę wziął tych kucharzy, których znamy z uroczo filmowanych (wręcz artystycznie) programów kulinarnych i tych, którzy niekoniecznie potrzebują TV do odnoszenia sukcesów kulinarnych. Zachwyca się Manhattanem i pokazuje, jak przeciętny (dobry!) kucharz spędza swój czas po pracy. Robi to bardzo sprytnie: użala się nad losem kucharzy, mogących bardzo rzadko pozwolić sobie na pójście do takiej restauracji jak ta, w której pracują, a jednocześnie jest dumny z tego, jak ogromną daje to satysfakcję. Oczywiście pod warunkiem, że jest to co zawód, który wybrało się z miłości do gotowania. I tylko pod takim warunkiem, jak twierdzi Bourdain. Nie sposób nie odczuć wielkiej fascynacji do Chin. Jest nimi urzeczony i spragniony tej niewyobrażalnie bogatej kultury i kuchni, a co jest dla niego najważniejsze. Oczywiście jedzenie wszystkich lokalnych przysmaków jest wręcz odruchem. Część słodką kończy artykuł zatytułowany „Statek miłości”, więc w oczywisty sposób ślina w ustach staje się słodsza.

Kwaśne to część, w której jest tak jakby nieco cierpko, ale jednak ma to swój urok i może smakować. Taki właśnie jest ten smak, ale również ta częśś książki. Kiedy Bourdain stawia pytanie o konsekwencje popularności wielkich szefów kuchni, a tak naprawdę o to, czy ona ich nie zabiła, to na pewno nie jest tu słodko. Jest właśnie kwaśno. Ale przekornie staje się też kiedy opowiada o tym, jak wygląda kręcenie produkcji kulinarnych. Tam dopiero leje się kwas. Przynajmniej jest szczerze i prawdziwie.
To znaczy, spójrzmy prawdzie w oczy – kręcę kolejny sezon. Wiem, że mam jedną z najlepszych fuch na świecie. [...] Czymkolwiek jest to, czym się obecne zajmuję, jakkolwiek to nazwać, prawda jest taka, że jeżdżę dookoła świata, chodzę gdzie chcę, spotykam podziwianych szefów kuchni[...]. Robię mnóstwo fajnych rzeczy, o których jeszcze nie tak dawno temu nawet nie marzyłem. I płacą mi za to. Muszę tylko kręcić kolejne odcinki, może od czasu do czasu o tym napisać.

W tej części można się też skrzywić (jak po cytrynie), kiedy przeczyta się o podejrzanych dwóch restauracjach w środkowym Londynie, które prosperują, mimo iż jedzenie jest tam okropne (nie wiadomo, czy w ogólne jest jedzeniem) i nie ma żadnych klientów. Restauracje te żyją własnym życiem. Podwójnym, zapewne.

Czwarta część zatytułowana jest Gorzkie, czyli duży kaliber. W końcu gorzki smak nie jest tym pożądanym. Raczej informacja z języka do mózgu, że coś jest gorzkie jest rodzajem alarmu: naszą pierwszą reakcją jest wyplucie tego, co akurat mamy w ustach. Dlatego też pisze o alkoholu, Woody Harrlensonie z jego surowym jedzeniem, które według czyjejś świątobliwej ideologii nie powinno być obrabiane w żaden sposób. Gorzki temat to także ten, który mówi o tym, czy szef kuchni powinien być w restauracji, którą firmuje nazwiskiem i jak wiele osób oburza jego nieobecność w niej (nawet jeśli prowadzi sieć tych restauracji). Pewnie, że zrobi się gorzko, kiedy czyta się o upadkach wielkich kucharzy, których zniszczył rozgłos albo program w TV, ale gorycz tak naprawdę wylewa się z człowieka, kiedy czyta o tym, jak „bohaterscy ekowojownicy” walczą z okrucieństwem wobec zwierząt, terroryzując kucharza (nie tylko dewastacja i niszczenie mienia, ale też porwanie żony i dzieci). Bourdain z pisze też o tym, jak bardzo zmienił się Nowy Jork i to w dodatku na gorsze – takie gorzkie wspomnienia.

I ostatnia część Umami, czyli jeden z pięciu receptorów smakowych, które wykrywają białko. I to głównie właśnie to kontrowersyjne, bo kwas glutaminowy, czyli okryty złą sławą glutaminian sodu. Tak na dobrą sprawę występuje w wielu pokarmach naturalnie... A dodany do potraw – znacznie pogłębia ich smak. Bardzo często używany jest w kuchni wschodniej. Dlatego w tej częście Bourdain przedstawia nam Wietnam. Najpierw rodzinne specjały, których autor nie przestaje zachwalać, a następnie lokalne rarytasy, które próbuje na ulicach Hanoi. Kolejne umami wykrywa eksperymenty Ferrana Adrii i jego wynalazki: „sorbet z morskiej wody”, „kanapkę z lodami parmezanowymi” czy „pojedyncze surowe żółtko zamknięte z skorupce z karmelu, pokrytej listkami złota”. Zachwyca się tajemnicą jaka tkwi w Singapurze i jego przysmaku: kurczaku z białym ryżem.

Ostatnia część to Smak fikcji. Niby o Bożym Narodzeniu, ale jednak to fragment z życia upadającej restauracji. Nie tak, jak pozostałe artykuły, ten jest całkowicie zmyślony. Jednak tak naprawdę w dużej mierze pokazuje jakąś wspólną prawdę. I istnieje duże prawdopodobieństwo, że wielu pracowników różnych restauracji odnajdzie elementy swojego miejsca pracy. To taki przyjemnie napisany fragment prozy, aczkolwiek nie przedstawia sielanki, trzeba to sobie od razu powiedzieć. Czyta się go jednak jednym tchem.

Ostatni przystanek to komentarz do wszystkich artykułów osobno, które zostały „pozbierane” i napisane wcześniej - autor odświeża je na nowo. Czytelnik ma wrażenie, że Bourdain na nowo przypomina sobie czas, w którym je pisał.

Tak właśnie wygląda książka. Jest napisana bardzo zręcznie i lekko. Powiedziałabym, że od ręki, jakby do druku poszedł brudnopis. Niejednokrotnie pojawiają się mocne sceny i ostre słowa. Jak już pisałam Bouirdain nie boi się niczego. Także pisania nazwisk, których nie tyle nie poważa, co wręcz nimi gardzi. Ale działa to w obie strony: potrafi otwarcie zachwycać się potrawami szefów kuchni z imienia i nazwiska (z lubością wykorzystuje zapis o wolności słowa). Na pewno jest publicystą i rzeczywiście potrafi posługiwać się językiem w sposób błyskotliwy i dowcipny, a nawet bardzo oddziałujący na wyobraźnię czytelników, ale jednak nie jest pisarzem, którego bym podziwiała za barwny, szlachetny styl literacki. Szacunek jednak należy mu się za to, że potrafi przenieść czytelnika w klimat każdego miejsca i opisać to, co je tak, że człowiek głodnieje mając pełny żołądek. Jest wykształconym kucharzem, ale doskonale wie, że papier nawet z najbardziej prestiżowej uczelni kulinarnej to co innego, niż doświadczenie i „ten zmysł”, który się rozwija chociażby podczas żmudnego obierania warzyw. Z wieloma jego poglądami na życie się nie zgadzam, lecz gratuluję mu umiejętności zręcznego ich przemycania w artykuły traktujące generalnie o kuchni, jedzeniu i kultury spożywania posiłków. Moje serce jednak podbił tym, że jest nieprawdopodobnie otwarty na wpływy z różnych zakątków świata, niezależnie od pochodzenia potraw. Będzie robił wszystko, by zrozumieć, dlaczego opisana we wstępie foka na surowo tak smakuje tubylcom. I co więcej – potrafi się przyznać do tego, że coś, co „powinno być” (piszę w cudzysłowie, gdyż jest to określenie bardzo względne w tym wypadku) obrzydliwe i niejadalne tym samym, jest wprost fenomenalne!

Czy warto przeczytać „Kill Grill 2: Głodne kawałki”? Jeśli tylko masz coś wspólnego z kuchnią i podróżami – będziesz w siódmym niebie. Prowadząc kulinarne przygody w mojej małej polskiej kuchni, zachłystywałam się kolejnymi artykułami, łapczywie przewracając kolejne stronice. Nie ma tam artyzmu, wielkiej pompy, odkrywczych przepisów ani nie ma pięknego stylu. Ale jest uderzająca pasja, zachwyt nad jedzeniem, pragnienie (albo wręcz wewnętrzny przyMUS) poznawania nowych smaków z całego świata i niepoprawny styl, który jest kwintesencją tego, kim jest Anthony Bourdain. On w tym tekście jest sobą, czego nie chce ukrywać. Przez swoją szczerość chce pokazać prawdziwego człowieka i tym właśnie zachęcić do podróży, kosztowania nowych, różnych dań. By ludzie wyszli poza obręb McDonald's i rozwijali swoje zmysły, a przede wszystkim zmysł smaku.

logo

niedziela, 31 lipca 2011

Orzechy podbijają podniebienia

Siedzieliśmy na kocu, na kamienistej plaży. Ja czytałam książkę leżąc na brzuchu w słomkowym kapeluszu. Magda próbowała się opalać, ale jest zbyt niecierpliwa, by móc to robić w takim spokoju i ciszy jak Paulina, więc wciąż zagadywała mnie rozmową.
- Mam dać więcej olejku? - spytała mnie.
- Mm... - mruknęłam.

Byłam zbyt pochłonięta fabułą książki, by myśleć, o co mnie zapytała.
- W takim razie podaj mi go, proszę - zapiszczała wyciągając rękę.

Lecz wcale mi się nie spieszyło i powoli, po omacku zaczęłam szukać olejku, na który czekała.
-Szybciej, bo się spalę! - poganiała mnie.

Przewróciłam oczami i ciągle wpatrzona w książkę wymacałam go wreszcie i podałam jej. 
- Masz coś smakowitego? - zapytała mnie Magda, z namaszczeniem wcierając olejek.
Spojrzałam na nią nieco zaskoczona.
- No wiesz, słyszałam, że objawiłaś się z nowym talentem na studiach - kontynuowała, nie patrząc na mnie. - Życie to jest zaskakujące - wypaliła parafilozoficznie. - Ja też czekam, że coś się we mnie objawi.

Roześmiałam się.
- Odkryjesz powołanie obsługi w solarium?
- No rzeczywiście, śmieszne - zmrużyła oczy. - Ale wiesz co...? Mogłabym być kosmetyczką... Albo fryzjerką! Jesteś genialna!
Dziewczyna wyglądała, jakby doznała olśnienia. Nawet leżąca nieopodal Paulina podniosła się z koca. 
- Ty lepiej zarzuć czymś do jedzenia - spokojnie odezwała się Paula.
Sięgnęłam więc do torby, gdzie wrzuciłam kanapki.
- To są kanapki... - zaczęłam, podając po jednej dla każdej. - Ale nie takie zwykłe...


  • chleb żytni, razowy - wilgotny.
  • prawdziwe masło
  • i mielone orzechy - włoskie i laskowe.



- Ty, to jest genialne! - zawyła Madzia.
- Myślę, że diabeł tkwi w szczegółach - powiedziała Paulina, zawzięcie żując kolejny kęs.
- W zasadzie to tak... - odpowiedziałam. - Chleb musi być najwyższej jakości. I wilgotny, ciężkawy... Do tego masło najlepiej zrobić samemu, ale opowiem wam o tym kiedy indziej. Ewentualnie naprawdę najlepsze masło i mielone orzechy. Jeśli jest bardzo mało składników, to muszą być po prostu najlepsze. Kropka. Ot, całą filozofia.

Dziewczyny zdawały się odpływać z każdym gryzem.
- Naprawdę masz to coś... - uśmiechnęła się Paula.
- I to niewątpliwie jest jakiś kolejny zmysł. W kuchni - poparła ją Magda, a ja uśmiechnęłam się. No, bo co zrobić innego.

Niedługo potem rzeka i plaża prawie całkiem się wyludniły. Pozostało jeszcze kilka osób. Oderwałam się od książki, by stwierdzić, że jesteśmy nielicznymi przebywającymi na plaży.
- Co też ich tak stąd wypędziło? No proszę... - Nie skończyłam swych rozmyślań, gdyż Magda dźwignęła się na łokciach i przerwała mi:
- Idziemy do wody - rzekła stanowczo. Westchnęła, po czym znów się położyła. Roześmiałam się, lecz ona nagle zerwała się i zaczęła biec w kierunku wody.
- Tej to już słońce przygrzało, co? - zwróciłam się do Pauli, która z ożywieniem obserwowała całą sytuację. A w odpowiedzi roześmiała się i przytaknęła.
- Ale chyba nadszedł czas zwariowanych wygłupów! - krzyknęłam, zrywając się na nogi. - Poli, chodź! Popluskamy się!

Ale Paulina wciąż śmiejąc się pokręciła przecząco głową, więc ruszyłam za Madzią do rzeki, piszcząc przy tym jak ona i śmiejąc się w głos wpadłam do wody.

Wrzasnęłam jak opętana. Woda wydała mi się potwornie zimna, więc zaczęłam razem z Madzią piszczeć i podskakiwać, by rozgrzać się.

Nagle usłyszałam zdrowy, pełen radości śmiech. Chłopięcy. Odwróciłam się, z trudem utrzymując równowagę. W wodzie jest trudniej wykonywać jakiekolwiek ruchy, więc wybaczyłam sobie tę niezdarność. 

Przede mną stał smukły, opalony chłopak.
Och! Jak on śmie się ze mnie nabijać! Czy on nigdy nie doznał szoku termicznego?! Byłam rozgrzana i weszłam do dużo chłodniejszej wody! Nie wiem co w tym zabawnego!

Bez ostrzeżenia ruszyłam na niego i ochlapałam go dokumentalnie, nie pozostawiając na nim suchego miejsca. Jego to najwidoczniej bawiło i zaczął się śmiać jeszcze głośniej i weselej, po czym ruszył na mnie z ewidentnym zamiarem ochlapania. Aż wreszcie przewróciłam się i zamoczyłam całą głowę.
- Oczywiście... - rzekłam, odgarniając mokre kosmyki włosów z twarzy – fryzurą się nie poszczycę, ale może kogoś poznam, hę?

Teraz mogłam się mu bliżej przyjrzeć: był brunetem o pociągłej twarzy, przyjemnych rysach twarzy i śmiejących się, ciepłych, orzechowych oczach. Wydał mi się sympatyczny i z poczuciem humoru. Nie dość tego, spodobał mi się od razu. W jego obecności serce dziwnie zabiło mi mocniej i podskoczyło do gardła.
- Ups... - wymknęło się mu.

W porę jednak nadpłynęła Magda z lekką zadyszką.
- O! Widzę, że się już poznaliście...
- Nie za bardzo - doinformowałam ją.
- W takim razie poznajcie się. Gryziu poznaj Michała. Michał, to Gryzia.

Michał nie mógł się widocznie powstrzymać.
-Ee .. Gryzia? A co to za imię?

Spojrzałyśmy po sobie.
- To moja ksywa - odpowiedziałam. - Tak naprawdę nazywam się Jagoda. I nie pytaj, skąd się wzięło moje przezwisko. Na pewno nie od imienia.

Roześmiałam się.
- Aż dziw, że wciąż pamiętasz. Przecież to było tak dawno! - powiedziałam.
- Takich rzeczy się nie zapomina! - odpowiedziała Madzia.
- Miło było cię poznać – zwróciłam się do Michała, wciąż się uśmiechając, po czym odwróciłam się i popłynęłam spokojną żabką z prądem rzeki.

czwartek, 28 lipca 2011

Wakacje według Jagody - post niekulinarny

Jagoda wciąż nie mogła się nacieszyć wstawaniem bez budzika, choć minęła już jedna trzecia wakacji. Ale część ta była zapełniona wyjazdami: relaksującymi bądź pracowitymi, ale jednak sprawiającymi przyjemność. Teraz miał się zacząć czas laby, twórczych i szalonych pomysłów, kulinarnych wyzwań i wszystkiego, na co Jaga nie miała czasu przez caaaały rok. Zaczął się nowy okres - wakacje. A wakacje według studenta to... "nie zawsze to samo", jak grali De Mono. I na tym poprzestaniemy. 



Student (Jagoda) na wakacjach. Czas... start!



- Marcin! Wołam cię, nie słyszysz? - krzyknęłam w stronę salonu naprawdę na niego wściekła.
- Słyszę! - odkrzyknął i za chwilę ujrzałam go idącego w moim kierunku całkowicie niespiesznym krokiem i z wyjątkowo znudzoną miną na twarzy. - Czego znowu chcesz?

Marcin to mój młodszy brat. Czasami naprawdę jest nieznośny i odnoszę wrażenie, że robi to specjalnie, żeby popsuć mi humor. Na przykład dziś: zniszczył mi najlepszą sukienkę jakimiś głupimi mazakami, choć wiedział, że za chwilę muszę wyjść, bo idę z dziewczynami na plażę. Jak ja się tam pokażę?! Co prawda Magda i Paulina, moje przyjaciółki jeszcze ze szkolnej ławy, nie śmiałyby się. Znają doskonale Marcina i wiedzą jaki potrafi być podły w stosunku do mnie. Ale tam będzie masa obcych ludzi!
- Chcę wiedzieć, co TO jest?! – tu wskazałam na czarny napis wykaligrafowany na mojej słonecznej sukience, którą właśnie miałam zamiar włożyć.
- Nie umiesz czytać? Iron Maiden. Podoba ci się? - odparł spokojnie mój brat z nutą triumfu w głosie.
- Czy ty sobie kpisz?! - zagrzmiałam. – Co to niby ma znaczyć?! Czy ja "żelazna dziewica" jestem?!
- Powiedzmy, że nie chcę wnikać... - Jego uśmiech był tak ironiczny i pełen wyższość, że miałam ochotę rzucić się na niego i wydrapać mu oczy. Jak on w ogóle śmie?! - Co chcesz przez to powiedzieć? - wycedziłam.
- Czy przypadkiem nie wybierasz się na plażę ...? - spytał niewinnym głosem.
- Tak - odpowiedziałam nic z tego nie rozumiejąc. - A ty mi zaplamiłeś moją ulubio...

Marcin nie dał mi dokończyć.
- A więc dzień łowów?
- Marcin ... O co ci ...
- Nowe znajomości...
- Marcin ...
- Któż może wiedzieć, co strzeli do głowy młodej panience?
- Ostrzegam cię ...
- Ale nie tobie! Ty będziesz “Żelazną dziewicą” do końca swoich dni!... - dokończył i uciekł po schodach do swojego pokoju śmiejąc się na cały głos.
- Marcin!!! - krzyknęłam pełna bezsilnej wściekłości.

Zawsze zastanawiałam się co siedzi w tych małych czortach. Większość dzieci jakie znam, to albo rozwrzeszczane bachory, albo nazbyt spokojne przymilajki. Nie ma takich normalnych, zwykłych dzieci. Podobno ja też, onegdaj, byłam takim nieznośnym dzieckiem ale - jak widać - wyrosłam z tego. Może i mojemu bratu przejdzie. Ale jakoś w to trudno mi uwierzyć. 

Stanęłam przed lustrem zrozpaczona, że nie mam w czym iść. Założyłam swój kostium kąpielowy, dwuczęściowy, bardzo ciemny granatowy z zielonymi listkami. I oświeciło mnie. Przecież mogę iść w tej króciutkiej bluzeczce na pateczkach i białych szortach!

No! Teraz to co innego! Jeszcze włosy ... mm .. może dwa warkocze ... i słomkowy kapelusz! Bomba!

Do torby wrzuciłam byle jak: olejek do opalania, duży ręcznik kąpielowy, koc, jakąś książkę i coś do jedzenia i picia. 

Zarzuciwszy torbę na ramię w pośpiechu ruszyłam do wyjścia, lecz zatrzymał mnie głos mamy:
- A więc to prawda, co mi mówił mi Marcin?

No tak. Złość odbierała mi mowę. Co on znów nagadał!? Założę się, że chciał bym spóźniła się na umówione miejsce.
- O co tym razem mój kochany brat mnie posądził?- spytałam z ironią w głosie.
- Masz randkę? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Oczywiście, że nie - powiedziałam, myśląc że ten cały pomysł z randką, to coś w jego stylu. - Powiedziałabym ci o tym, przecież wiesz. Idę z Madzią i Paulą na plażę. Będę o 20:00. Śpieszę się! Pa! - Ostatnie słowa krzyknęłam w biegu, wiedząc, że na pewno jestem okropnie spóźniona.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Kokosowe ślimaczki na chodzie

- Uwielbiam początek miesiąca. - Marta przeciągnęła się zamaszyście przed swoim komputerem. - Przychodzą pieniądze i można szaleć...!

Jaga przewróciła oczami. Czasami miała wrażenie, że tylko ona myśli o tym, jak przetrwać.

- Ta, a potem zaś będzie: "Jaga zrób coś! Ty potrafisz nawet z niczego tak coś wyczarować..!" - zaskomlała Jaga, przedrzeźniając jedną z dziewczyn. - A Ja nie mam nawet z czego! Bo nie ma nic! Lepiej chodźmy na zakupy, zanim wszystko "zainwestujemy" w imprezy i kasa się rozpłynie "nie wiedzieć na co".

Obie panny stęknęły. No, to miało być bolesne. Ale do pewnego stopnia. W końcu przekonają się, że nie będą zmuszone do głodowania po dwudziestym dniu miesiąca.

- Dobra - zdecydowała się Iza. - Chodź, Marta. Może coś zostanie...
- Zostanie, głuptasie! - fuknęła Jaga. - Tylko zobaczysz, jak się to potem opłaci.

Dziewczyny zebrały się w sobie i ruszyły na podbój marketu. Półki miały przed nimi drżeć. A Jaga, spisawszy sobie wcześniej listę niezbędników, odczytywała je kolejno. Iza niejednokrotnie wyrażała swoje wątpliwości co do konieczności zakupu mąki czy drożdży. Ale Jaga zdołała ją przekonać, że jeśli tylko są drożdże, mąka, jakiś tłuszcz, może jajka czy mleko - zawsze dadzą sobie radę.

I w ten sposób udało im się dobrnąć do kasy. Dwa koszyki jedzenia napełniały je wszystkie obawą o jakąś niebotyczną kwotę do zapłaty. Tymczasem okazało się, że będą mogły jeszcze pójść na niejedną imprezę, bo budżet nie został mocno nadszarpnięty.

Jaga miała spokojne sumienie. Teraz przynajmniej jest duże prawdopodobieństwo, że nie będą musiały liczyć na cud w postaci jakiegoś niespodziewanego przelewu.

Dziś miały zaszaleć. Na nowy miesiąc Jaga postanowiła ubiec drożdżowe ciasteczka kokosowe. Dziewczyny pałaszowały jedno za drugim, gdyż były małe i zgrabne. Ale były z przepisu jej własnego autorstwa, więc postanowiła nadać im nazwę.

- Może "Kokosowe ciasteczka"? Zwyczajnie - zaproponowała Iza.
- Eee - pokręciła głową Marta. - To musi być nazwa, która od razu ci powie, że chodzi o te, a nie inne! A twoje mówi, że... No, nawet nie wiem, co mówi!

Martucha nieco się pogubiła w swojej wypowiedzi. W myślach zresztą też.
- Może "Zawijaki kokosowe" - rzuciła w końcu. - Jakby nie patrzeć: są zawinięte!
- Brzmi, jak "Pieluchy kokosowe" - burknęła Iza. - "Ślimaczki" byłyby najlepsze.
- Ale tak już się określa inne ciacha - zasępiła się Jagoda.

Rzeczywiście ta nazwa najbardziej pasowała do jej wypieku.
- "Ślimaczek na chodzie" - bąknęła Marta.
Pozostałe dziewczyny spojrzały na nią dziwnie.
- Czemu "na chodzie"? - zapytała Jaga.
- Bo takie ciasteczko wygląda jak ślimak, który idzie - odpowiedziała Marta.
- Ty, to niezłe jest. - Iza szturchnęła Jagodę w ramię, a ta powoli pokiwała głową.
- To tak je nazwijmy: "Kokosowe ślimaczki na chodzie" - podsumowała Jagoda, sięgając po jeszcze jedno ciacho.
- A jak je zrobiłaś? - spytała Marta. - Może bym kiedyś się tego nauczyła...
- To proste - rzekła Jagoda. - Najwięcej roboty jest tylko z zawijaniem ich, tak na dobrą sprawę.



Potrzebujesz:
  • 500g mąki
  • 30g świeżych drożdży
  • 1 szklanka mleka
  • 80-100g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 80g masła
  • 1 opakowanie cukru waniliowego
Potem robisz rozczyn z cukru i mleka i odkładasz na kwadrans.
- Takie odkładanie jest w sam raz dla mnie: im więcej okładania a mniej skomplikowanych czynności, tym lepiej - podsumowała swoje możliwości Marta.
- No i co dalej? - dopytywała się Iza.
- Dalej mieszasz suche składniki, łączysz je i dodajesz na końcu ten rozczyn, co siedział 15 minut. Proste. - Jagoda znów ugryzła kawałek ciastka. - No i wyrabiasz.
- Czyli co? - Marta nie rozumiała tego, co dla Jagody było dość oczywiste.
- No, zagniatasz. Wiesz jak...ręką ugniatasz i ściskasz. Trochę, jakbyś się chciała na tym cieście wyżyć... - Jaga nie bardzo wiedziała jak to wytłumaczyć, więc pomagała sobie gestykulacją.
- Aha... - mruknęła Martucha, ale jej wyraz twarzy nie mówił, że stało się to teraz jasne. - Czyli wyrabiam ciasto. I co?
- Jak już wyrobisz... A zobaczysz sama, gdy ciasto będzie się odrywało od ręki a nie lepiło do niej... I odkładasz znów.

Marta sapnęła jakby doznała ogromnej ulgi po ostrym wysiłku.
- A co ty to tak przeżywasz? - zaśmiała się Iza.
- Chcę to kiedyś zrobić. - Marta wyglądała na zdeterminowaną. - Ale wiesz... jak tak od odkładania ciasta do odkładania.
- Eh.. człowiek to tylko patrzy, żeby się obijać, a pracę niech kto inny wykona. Np. drożdże! - pokręciła głową Iza a Jagoda roześmiała się serdecznie.
- I ile to ciasto ma odpoczywać? - zapytała Marta.
- Ono właśnie nie odpoczywa, tylko pracuje - poprawiła ją Jaga. - Ma urosnąć, aż podwoi objętość.
- No, to niezłe są te drożdże... W ile one się mają podwoić? - spytała Iza.
- Coś około 45 minut do godziny - odparła Jagoda.
- No to tym bardziej gratuluję zdrowia tym drożdżom. - Marta pokręciła głową z uznaniem. - Żeby tak ludzie, jak te drożdże... To nie byłoby kryzysu!

Dziewczyny zaśmiały się. W zasadzie, jakby się nad tym zastanowić, to może coś w tym było...


- I co dalej?
- Dalej wałkujemy. Smarujemy roztopionym masłem i na to dajemy nadzienie. Czyli: serek śmietankowy i wiórki kokosowe w proporcjach 1:1. - Jagoda popatrzyła na dziewczyny, czy nadążają. Wydawało się, że tak.

Potem zwijamy w rulon i taki rulonik kroimy na porcyjki. Wiesz, jak roladę na przykład - na około 5 cm. I dokładnie tak, jak to pokroimy, to tak układamy na blaszce pokrytej warstwą tłuszczu z bułką tartą lub papierem do pieczenia.
- No, to tutaj wszystko rozumiem. - Marta była z siebie dumna. To było widać gołym okiem. Istniała szansa, że zrobi te ślimaki na chodzi.
- No i wkładasz do pieca. Cała filozofia tylko w tym, żeby piekarnik był już rozgrzany do 200*C i żeby po 15 minutach je wyjąć. Wsio! - zakończyła energicznie Jagoda.

- To ja mam pomysł! - zawołała Marta. - Teraz ja je zrobię, co? Pod twoim okiem, Jaguś! Taki mam zapał, że zrobię je teraz!

Pozostałe dziewczyny jęknęły.
- Daj spokój! Nie mamy takich mocy przerobowych, żeby zjeść taką ilość ciastek! Nie widzisz jak dużo ich wyszło? Ponad 20 było, jak nic!

Martucha ewidentnie spochmurniała.
- Ale następnym razem robimy! Obiecujesz? - Jagoda patrzyła na współlokatorkę jak na małą dziewczynkę, która dopomina się dania jej słowa.
- Tak - uśmiechnęła się do niej. - Obiecuję.

piątek, 25 marca 2011

Ciepły koktajl w wersji: "Spełniamy marzenia przeziębionych studentów"

- Jagaaaa...? - przeciągle zakwiliła Marta.

Zawsze tak robiła, jak chciała coś uzyskać. Teraz nie mogło być inaczej. Jaga mogłaby sobie rękę uciąć, że i teraz będzie chodzić o jedzenie.

- Mmm? - odezwała się Jagoda z drugiego pokoju, zajęta czytaniem nudnego artykułu na temat początków numizmatyki - co zresztą było naprawdę trudnym zadaniem. Nauka o monetach na pewno nie będzie jej ulubioną dziedziną na studiach. Poczuła mdłości. I tak miała sobie robić przerwę.

- Zrobisz mi coś dobrego? - I znów ten błagalny ton. Ta to ma dar przekonywania.
- A na co masz ochotę? - zapytała Jagoda odrywając wzrok od kartek i odkładając je na bok.

- Jakiś koktajl - rozmarzyła się kobieta.


Jagoda weszła do pokoju Marty i Izy. Martucha leżała pod kołdrą i chyba właśnie zeszła jej gorączka, skoro miała takie absurdalne zachcianki.

- Koktajl..? - Cóż, czego się nie robi dla koleżanki w potrzebie...
- Niech ci będzie - westchnęła Jaga i machnęła ręką. - Ale ja się nie przyczynię do pogorszenia twojego stanu zdrowia!

Marta spojrzała na nią zdziwiona.
- Koktajle są z założenia zimne... - Jagoda już miała zamachać do niej i zawołać: "Heloł..?", ale tego nie zrobiła. Czakała, czy ta nie zmieni zdania.
- To zrób ciepły koktajl!

Tego Jaga się nie spodziewała. Jak ma zrobić ciepły koktajl?
- Wiem, że ty umiesz... - Marta ewidentnie chciała ją tym kupić.
- Schlebiaj mi, schlebiaj - roześmiała się Jagoda. - A jak nie będę umiała?
- Ty?! - Marta spojrzała na nią wyraźnie rozbawiona. Chyba rzeczywiście wierzyła w to, co mówiła. Szok.

Jagoda w końcu otrząsnęła się i ruszyła bez słowa w stronę kuchni.
Jak jej to zrobić?! Moment, moment..., głowa intensywnie pracowała.Tak! To jest to!

I rzuciła się w stronę lodówki. Wyciągnęła z niej (składniki):
- mleko (Chwała Niebiosom, że kupiłyśmy 3,2%!)
- duży jogurt brzoskwiniowy.
Jeszcze do szafki sięgnęła po cynamon i wiórki kokosowe.


Zakładając, że zrobi 2 porcje (A czemu sobie miałabym nie zrobić?), przygotowała mały rondelek i wlała do niego dwa razy po 3/4 szklanki.

Następnie dodała 4 łyżki stołowe jogurtu brzoskwiniowego - po dwie na głowę - i wymieszała.

Postawła rondelek na gazie. W końcu koktajl miał być ciepły. Podgrzała całość ale nie dopuściła, by się zagotowało. Miało być mocno ciepłe, nie gorące.

Teraz wsypała około 1/2 łyżeczki cynamonu. Sięgnęła po spieniacz do mleka, chociaż to i tak cud, że był w tym mieszkaniu (Iza, jak zwykle przytargała coś z promocji. Tym razem padło na to... cudo.). Zapewne mikser (ubijanie) też by się sprawdził. Spieniona masa był dość dobrze ubita i gęsta dzieki jogurtowi.

Dodała 1 łyżkę stołową wiórek kokosowych i delikatnie ale dokładnie wymieszała.

Rozlała do dwóch szklanek i z wierzchu posypała jeszcze wiórkami. Teraz ciepły koktajl mogła pić nawet chora Marta.


- Ale pięnie wygląda! - zawołała, jak tylko Jagoda pojawiła się w drzwiach pokoju. - Jaki smak?
- Brzoskwiniowy. - Jaga podała jej szklankę. - No i ciepły.
- Wyczarowałaś go specjalnie dla mnie? - Marta była wzruszona.
- Nie przesadzaj - zastopowała ją Jagoda. - To tylko mleko i jogurt... w zasadzie. Tylko spienione. Na upartego możesz dowolnie manipulować proporcjami.
- Mmm! - zawyła Marta, spróbowawszy koktajlu. - Nie! Zdecydowanie te proporcje są idealne!